niedziela, 13 grudnia 2009
Nie smuć się cz 2.
Rozdział II "Sens" Kolejny dzień w szkole. Z trudem powstrzymuje wzrok przed patrzeniem się na Paulinę, dzisiaj ubrała się dziwnie, jest gorąco a ona ma na sobie długi rękaw, jestem jej coraz ciekawszy, może nawet mam ochotę z nią tak... bez powodu... po prostu... porozmawiać o wszystkim i o niczym... Nie umiem tak rozmawiać, dlatego zrezygnowany usiadłem w ławce, mając nadzieję, że nie zauważyła mojej dziwnej nerwowości. Czekałem aż się do mnie odezwie... Na pierwszej lekcji... Na drugiej... Na trzeciej... Na przerwach... Zrezygnowałem nawet z odwiedzin dachu, byle by tylko dać jej szansę na zamienienie ze mną słowa. Jakie to dziwne, że człowiek, którego nie obchodzi świat nagle chce z kimś rozmawiać? Nie chodzi tutaj bynajmniej o jakieś jednodniowe zauroczenie pięknym uśmiechem, ani o żadną wielką miłość od pierwszego wejrzenia. Po prostu, chcę z nią rozmawiać jak człowiek z człowiekiem. Nadeszła lekcja sztuki, miałem setki pomysłów co narysować; zdecydowałem się na małego smoka. Poszło mi dość szybko, bo często rysuję smoki różnej maści, wielkie, małe, skrzydlate, dobra, złe, ładne, brzydkie... ale do tej pory nigdy ich nie kolorowałem, bo to niby głupie i dziecinne. Ale po pokolorowaniu rysunek był prawie jak żywy... Bardzo mnie irytowało, że nawet nie zauważyła tego, że za jej radą pokolorowałem rysunek. Boże... o czym ja myślę, co się ze mną dzieje? Musiałem do niej powiedzieć coś... cokolwiek... - Co rysujesz? - zapytałem udając średnie zainteresowanie. Paulina spojrzała na mnie z uśmiechem jakby czekała na to, aż się odezwę równie mocno, jak ja czekałem na jej słowa. - Sam zobacz - powiedziała odchylając się znad kartki. - O! - uśmiechnąłem się. - Wróżka? - Tak, wiem... dziecinne, nie? - E, tam... patrz na to - powiedziałem pokazując jej mój rysunek. - To dopiero jest dziecinne. - No to jesteśmy równie dziecinni - zaśmiała się nie spuszczając ze mnie wzroku. - Widzę, że zacząłeś kolorować swoje rysunki, to dobrze... Wiesz barwy są bardzo ważne w ożywianiu... - nagle zamilkła. - Ożywianiu? - zapytałem z zainteresowaniem. -A no wiesz... no... - Nie wiem - uśmiechnąłem się najszczerzej jak umiałem, a właściwie do tej pory to nie umiałem. - Naprawdę ładnie rysujesz. Widziałem, że chce uciec od tematu, dlatego z tym samym uśmiechem powtórzyłem. - Ożywianiu? - Nie możesz po prostu zignorować tego słowa, prawda? - zapytała z lekkim drżeniem głosu. - Już za długo ignorowałem świat, koleżanko... - No to chodź. - Teraz? - zapytałem zaskoczony. - Gdzie? Dokąd? - Chodź, pokażę Ci. Złapała mnie za rękę i wyciągnęła z sali podczas lekcji, wybiegliśmy ze szkoły a za naszymi plecami słychać było głuche wołanie nauczycielki: "natychmiast wracajcie...!". Przez długą drogę ciągnęła mnie za sobą jak kukłę, nie wiedziałem dokąd zmierzamy, ale ta niewiedza była całkiem... przyjemna. Stanęliśmy przed ogromnym, trzypiętrowym budynkiem, a raczej halą, całkowicie wyniszczoną przez czas, bezdomnych i zwykłych wandali, szyby były powybijane, a te, które jeszcze nie zostały rozbite, były zabite deskami. - Co to za miejsce? - zapytałem z niekrytym zainteresowaniem. - Chodź. Złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą. Przecisnęliśmy się przez szpiczastą wnękę pomiędzy zamkniętymi na trzy kłódki drzwiami. Budynek w środku był niemniej zdewastowany niż na zewnątrz, właściwie nie było w nim nic, puste brudne pomieszczenie. - Uważaj, nie przewróć się! - powiedziała Paulina wskazując ręką na spadziście ułożoną deskę, po której zaczęła schodzić na niższe piętro. Powoli zsunąłem się po desce. Na tym poziomie panowała kompletna ciemność, nie widziałem nic poza deską, z której przed chwilą zszedłem. - To piwnica... poczekaj, zaraz znajdę ten przeklęty pstryczek. Po chwili światło oświetliło pomieszczenie. To było dziwne... piwnica wyglądała jak pokój. Wszystko zrobione prowizorycznie, biurko, fotel, lampka... i to wszystko, nie licząc setek rysunków przywieszonych na zgrzybiałych ścianach. - Co to za miejsce? - zapytałem uważnie oglądając rysunki, wszystkie były... takie radosne, pełne słońca, uśmiechnięci ludzie... jak i te kreatury do ludzi nie podobnych. Choć miejsce mogło wydawać się nie przytulne, wręcz straszne... to rysunki rozświetlały ten mrok. - Tu spędzam wolny czas... - odparła siadając przy biurku i szukając czegoś w szufladzie. - A czemu tutaj? - Wiesz... - przerwała na chwilę grzebanie w szufladzie. - Nie lubię spędzać za dużo czasu w domu. - Rozumiem - uśmiechnąłem się. - Ja też nie lubię. Tym razem Paulina nie odwzajemniła mojego uśmiechu i wróciła do poszukiwań. Rozglądałem się i rozglądałem... i coraz bardziej mi się to miejsce podobało. - Mam! - wykrzyczała. - Co masz? Pokazała mi kartkę w kratkę, na której widniała plama z atramentu. - Co to? - zapytałem zdezorientowany. - A na co Ci wygląda? - Na plamę z atramentu - odparłem automatycznie. - Spójrz jeszcze raz - wypaliła przysuwając kartkę bliżej mnie. - No... plama. Paulina westchnęła i ponowiła swoje pytanie. - Naprawdę... widzę tylko plamę - odpowiedziałem kręcąc głową. - Skup się... Spojrzałem raz jeszcze. Plama nie miała jakiegoś uformowanego kształtu, wyglądała trochę jak kasztan w tym zielonym zbrojeniu z kolcami... ale przyglądając się bliżej... te kolce przypominały wieże... wieże zamku. - Okrągły zamek? - powiedziałem z lekkim zażenowaniem, w końcu palnąłem coś głupiego... Paulina na początku zdziwiła się... potem z tym samym co zwykle szczerym uśmiechem powiedziała: -To teraz zamknij oczy i sobie go wyobraź. Zamknąłem oczy... nie myślałem nigdy, że wyobrażenie sobie zamku... służby... króla... tego wszystkiego... będzie takie łatwe, takie proste i przyjemne. Po chwili je otworzyłem i zapytałem. - Jaki to ma cel? - To jest właśnie cel - zaśmiała się dając mi kartkę i ołówek. - Naprawdę masz talent do rysowania, nie zmarnuj tego. W kilka chwil naszkicowałem to co widziałem w swoim wyobrażeniu, to też nie było trudne... - Piękne - spojrzała na mnie z uśmiechem w oczach. Od tamtego dnia, coś się we mnie zmieniło, zacząłem uważać na lekcjach, zacząłem częściej się uśmiechać... i wreszcie zobaczyłem sens. Tak... sens. Coraz częściej z nią rozmawiałem, coraz częściej z nią rysowałem... stała się dla mnie kimś bardzo bliskim. Rozdział III "Dla Ciebie to wszystko" Pewnego dnia, Paulina nie przyszła do szkoły, dziwnie mnie to zmartwiło. Bo parzcież ona nigdy nie choruje, nigdy nie czuje się źle, nawet nie potrafiłem sobie wyobrazić Pauliny w smutnym nastroju, czy chorej. W połowie lekcji, miałem dziwne przeczucie... przeszyło mnie od stóp do głów, zacząłem ciężej oddychać, oczy latały mi jak latawiec w tornadzie. Musiałem coś zrobić. Wstałem i wyszedłem z sali, szybkim krokiem wyskoczyłem ze szkoły i popędziłem do jej domu. Nigdy jej tam nie odwiedzałem, choć wiedziałem, gdzie mieszka... Ale jakoś nigdy się nie zdarzyło bym został tam zaproszony. Jakaś dziwna siła ciągnęła mnie tam jak magnez, nie mogłem się zatrzymać ani nawet zwolnić tępa, wychyliłem się zza rogu i zobaczyłem tłum stojący wokół małego domku. Migoczące niebieskie policyjne światła ugięły moje kolana. Prawie sie przewróciłem. "To jeszcze nic nie znaczy!" - powtarzałem sobie a złe przeczucie zamieniło się w fakt. Podszedłem do żółtej taśmy... chciałem ją przejść ale zostałem złapany za ramię przez policjanta. - A ty dokąd? - Ja... no.... czy... co się stało? - zapytałem a łzy stanęły mi w oczach. - Rodzina? - Przyjaciel... - Nie mogę nic powiedzieć... - odparł policjant ze smutkiem patrząc mi w oczy. Musiałem zobaczyć co się stało... Wyrwałem się i popędziłem do środka, zwinnie ominąłem jeszcze dwóch policjantów i schowałem się za filarem. Usłyszałem rozmowę dwóch detektywów. - Oby dostał krzesło za to... - Jak myślisz, długo to trwało? - Mogło i lata... widzisz po rodzaju jej ciuchów, że ukrywała sińce... - Przeklęty bydlak... żeby tak katować córkę... Zostałem złapany za ramię i wyciągnięty z domu. - Co ty sobie wyobrażasz! - wykrzyczał policjant. - Niech mi pan powie... - łza pociekła mi po policzku, chyba nigdy wcześniej nie płakałem. - Czy Paulina żyje? Policjant przez chwilę milczał, potem rozejrzał się dookoła, westchnął i powiedział. - Niestety... nie dało się nic zrobić; ojciec ją udusił paskiem od spodni. Świat runął razem ze mną na chodnik. Policjant mnie podniósł, pytał jeszcze: "czy dobrze się czuję... czy potrzebuję pomocy" ale ja nie słyszałem jego głosu... W letargu wróciłem do domu... Tam rodzice już wiedzieli, mówili do mnie jakieś słowa pocieszenia, ale ja ich też nie słuchałem. Wszystko było takie... przytłumione. Jak... ona... mogła... dlaczego mi nie powiedziała... czemu była taka uśmiechnięta... zawsze... Czemu ona była uśmiechnięta a ja nie byłem, nie mając powodu do smutku... Boże, ona nie żyje... Tydzień leżałem w łóżku, nie robiłem nic... powróciłem do starego stanu sprzed jej poznania, tak... zapomnieć o tym wszystkim. To już nie miało sensu, nic... Skończyło się, czas powrócić do normalnego piekła. Na sztuce już nie rysowałem, nie było po co... leżałem na ławce jak na innych lekcjach. Poszedłem na jej pogrzeb, wraz z klasą. Choć próbowałem... to nie umiałem nie płakać, choć próbowałem to nie mogłem odejść od jej grobu, choć próbowałem to nie umiałem o niej zapomnieć. Mijały godziny a ja nadal siedziałem przy niej, rozmawiałem z nią o wszystkim i o niczym... Kiedyś tak nie umiałem... Nocą pobiegłem do jej kryjówki, włączyłem lampkę i narysowałem wróżkę najpiękniej jak umiałem. Dla Ciebie to wszystko. Każdy mój następny rysunek, dla siebie... do szkoły... na konkurs... jest dla niej.
Nie smuć się Cz 1.
Życie szkolne, to moja odwieczna tułaczka od lekcji do lekcji, od sali do sali. Na każdej lekcji uczę się tego samego co na poprzedniej, nic poza nazwą przedmiotu się nie zmienia. Francuski czy biologia... nic się nie zmienia bo na żadnym przedmiocie nie robię nic. Nie jestem głupi, po prostu nie widzę w tym sensu, bo jaki sens szesnastolatek może widzieć w nauce? Po francusku - ennui, po "biologicznemu" - negatywny stan emocji, a znaczenie to samo... Nuda. Nic nie jest w stanie przykuć mojej uwagi, ani piękno pani od polskiego, ani twarda ręka fizyka, nawet łagodny i przyjazny głos nauczyciela sztuki. Choć mam nadzieję, że to się kiedyś zmieni. Mówią, że nadzieja jest matką głupich, wprawdzie powiedziałem, że nie jestem głupi.... cóż, cofam to. Rozdział I "Cześć" Wydarzenie, które bezpowrotnie zmieniło moje życie? No, jest takie jedno. To było na lekcji historii, kiedy moja głowa spokojnie spoczywała na ławce w półśnie, a myślami byłem już w domu, choć historia była pierwszą lekcją tego dnia. "Pukanie do drzwi" - z początku to ignorowałem jak zawsze, pewnie jakaś nauczycielka przyszła oświadczyć, że przypadkiem wpadła na pomysł zrobienia nam następnego dnia klasówki, albo dyrektor przyszedł ogłosić, że przeze mnie ta wspaniała klasa nie ma najlepszej średniej w szkole, a może po prostu ktoś się potknął i przydzwonił zębami o drzwi. Ale dźwięk stóp osoby wchodzącej był inny, taki jakiś lżejszy od nauczycielskich, nie był to taki "szelest", ale delikatne stąpanie, jakby ta osoba z gracją kota przeskakiwała z kafelka na kafelek. Tak, kiedy pół życia spędzasz z zamkniętymi oczami rozróżniasz dźwięki bardziej niż niejeden niewidomy. Podniosłem ospale głowę znad stolika i zauważyłem niewielką dziewczynkę stojącą przy biurku nauczyciela. Nie widziałem jej tu nigdy wcześniej, ale... to przecież niczego nie dowodzi, nawet bym się nie zdziwił, jakby mi ktoś powiedział, że ona chodzi ze mną do klasy od początku. Zresztą nie znałem mojej klasy a oni nie znali mnie. Byli dla mnie obcymi osobami, z którymi siedzę w autobusie życia a jedyne słowa, które do nich od czasu do czasu wypowiadam to "przepraszam" w sytuacjach, w których na któregoś wpadam albo on wpada na mnie. - Proszę o chwilkę uwagi - powiedziała nauczycielka kładąc dopiero co przybyłej dziewczynie rękę na ramieniu. - To jest wasza nowa koleżanka, Paulina, przywitajcie ją ciepło. Klasa całkiem entuzjastycznie podeszła do nowej, uśmiechniętej uczennicy. Tak, jej uśmiech na pewno był ciekawym zjawiskiem, nie tylko piękny ale i szczery. Jak trudno w tej szkole znaleźć taki szczery uśmiech... Hm... pewnie mi się przywidziało, zresztą już za długo siedzę z podniesioną głową, jeszcze ktoś pomyśli, że zacząłem się interesować lekcją. Głowa z powrotem upadła mi na blat stołu, może troszkę za swobodnie ją puściłem bo dotknięcie ławki czołem spowodowało puste plaśnięcie. Po tym irytującym dźwięku, kilka osób się zaśmiało i jak zawsze po chwili wrócili do swoich zajęć... Dziwne, że w takim momencie na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Nawet jeśli zostałem zauważony na chwilę to i tak sukces. Dzwonek przerwał moje rozmyślenia, jeszcze chwilę poleżałem z głową na ławce, czekając aż wszyscy wyjdą, potem wstałem i wyszedłem na dach. Tak, na dach... tylko ja i konserwator z całej szkoły wiedzieliśmy jak wyjść na dach, to był nasz taki mały sekret. On mi pozwala wchodzić na dach, ja nie mówię, co widziałem przypadkiem w jego schowku. Ta szkoła jest ogromna, mieści setki uczniów, a ja odnalazłem jedno miejsce, gdzie mogę być całkowicie sam, to tak jakby mieć własny ogródek w centrum Nowego Yorku. Położyłem się na gzymsie jak zawsze i zacząłem rozmyślać, kiedy to z niego spadnę, bo to oczywiste, że w końcu to się zdarzy ale jeszcze nie dziś. Dzwonek. Co teraz w planie? Chyba matematyka, po cichu jak zawsze zszedłem z dachu upewniając się, że nikt mnie nie widzi. Pod salą stała grupka ludzi rozmawiająca z tą nową. Przez chwilę miałem delikatny przebłysk: "a może by tak się przedstawić?", ale... rozmawiało im się tak dobrze, że nie chciałem tego psuć swoim krótkim: "Cześć, jestem Sebek" - bo nic więcej bym nie powiedział. Weszliśmy do środka, od razu zająłem swoje stałe samotne miejsce i nim nauczycielka zdążyła usiąść, moja głowa już leżała na ławce. Szum w sali umilkł, domyśliłem się, że wszyscy już zajęli swoje miejsce i zaraz będę musiał zrobić ostatni wysiłek... odpowiedzieć: "obecny", kiedy nauczycielka wymieni moje nazwisko. Zdarzyło się inaczej, usłyszałem przyjemny damski głos nad swoją głową. - Cześć, mogę się przysiąść? Podniosłem głowę, zobaczyłem Paulinę, nie zdziwiłem się w sumie jej pytaniem. W końcu jestem jedyną osobą w klasie, która siedzi sama, a że na twarzy nie mam wypisane "odludek" to w tym pytaniu nie ma nic niezwykłego. - Halo? Śpisz? To mogę? - powtórzyła po pewnym czasie. - Tak, siadaj - odparłem kładąc swoją głowę z powrotem na ławce. To dziwne uczucie, tak siedzieć z kimś... chyba zawsze siedziałem sam, przynajmniej odkąd pamiętam, nigdy nie byłem zbyt towarzyski, nie dlatego, że nie lubiłem ludzi, po prostu mnie nudzili, nie miałem żadnych myśli, że tym razem będzie inaczej. Jak już wspomniałem, nie mam na twarzy wypisane "odludek" ale ona ma wypisane "towarzyska". Na pewno szybko się zaaklimatyzuje z klasą i przesiądzie się szybciej na nowe miejsce, niż zdążę wymówić "Marmolada". Zawsze miałem problemy z wymówieniem tego słowa, nie wiem czemu. - Jak się nazywasz? - zapytała w momencie, w którym od snu dzieliło mnie jeszcze kilka chwil; nie odpowiedziałem jednak nic. Dziewczyna ostentacyjnie kaszlnęła parę razy, a ja dalej próbowałem zasnąć. W końcu poczułem dość bolesne uderzenie w żebra. Odruchowo podniosłem głowę. - Przepraszam - powiedziała Paulina z uśmiechem. - Tak jakoś łokieć mi się wywinął... Po raz kolejny kładąc głowę na ławce odparłem cicho: - Sebek. Nie widziałem jej reakcji ale do końca lekcji już nic do mnie nie powiedziała. Zawzięta... z reguły ludzie odpuszczają, kiedy ich ignoruję.. No cóż, nic nie trwa wiecznie. Na przerwie kątem oka widziałem jej wzrok wodzący za mną, nie mogłem wejść na mój ukochany dach, "czego ona ode mnie chce!?". Już wiem, że bycie zauważonym nie jest dla mnie, ja chcę wrócić do swojego świętego spokoju, kiedy to nikt ode mnie nic nie chce, ani ja nic od nikogo nie chcę. Lekcja Sztuki. Jedna z niewielu lekcji na których nie leżę z głową na ławce, co nie oznacza, że robię coś pożytecznego. Po prostu biorę do ręki kartkę i sobie rysuję, nie to co jest zadane... po prostu to co chcę. Jak zawsze odchyliłem się na krześle, oparłem bloczek o kant biurka i zacząłem rysować. - Nie rysujesz tego co jest na tablicy, prawda? - zapytała Paulina. - Nie - odparłem z sztucznym wyrzutem w głosie. - Ja też nie... a co rysujesz? - Nic ciekawego. - Ach! po prostu nie umiesz rysować? - zaśmiała się zadziornie. - Nie umiem - odparłem wyrywając kartkę i chowając do kieszeni. - Tobie nie da się wejść na ambicję? - zapytała poważnym tonem. - Nie mam ambicji - odparłem wypuszczając z płuc całe powietrze. - Na pewno jakieś masz - powiedziała Paulina kładąc mi swoją dłoń na barku. Nie odezwałem się nic, tym razem nie dlatego, że nie chciałem a dlatego, że nie mogłem. Kim ona jest? Czemu tak do mnie mówi? O co jej chodzi? Przez chwilę nie mówiłem nic, potem z lekkim drżeniem głosu odparłem. - Czemu taka jesteś? - Taka czyli jaka? - przechyliła głowę w lewo a uśmiech z jej twarzy nie zmniejszył się nawet o minimetr. - Taka miła dla mnie. Dziewczyna zdziwiła się i teraz to ona nie wiedziała co powiedzieć, dlatego z większą chęcią niż zazwyczaj dodałem: - Nie dałem Ci żadnego powodu byś była dla mnie miła, wręcz przeciwnie, dlatego nie rozumiem Cię... - Wiesz - przerwała mi. - Nie wszyscy ludzie są mili z jakiegoś powodu. Automatycznie na mojej twarzy pojawił się uśmiech, w ciszy wróciłem do rysowania. Nieśmiało mój umysł zaczynał uważać ją za ciekawą osobę, na pewno wyróżniającą się z dotychczasowych przelotnych znajomości. - No to co rysujesz? - zapytała nie przerywając rysowania na swojej pogniecionej kartce. Z reguły jest mi wszystko jedno, co ludzie sobie o mnie pomyślą, każdej innej osobie bez oporów pokazałbym co rysuję, ale tym razem za gardło złapał mnie dziwny wstyd. Do tego momentu nigdy nie uważałem swoich rysunków za głupie... - Rycerza - odparłem po krótkiej chwili. - Mogę zobaczyć? - zapytała przerywając rysowanie. Nic nie odpowiedziałem, rysowałem dalej. Kątem oka zauważyłem, że wstała i zniknęła z mojego pola widzenia - rysowałem dalej. - Ładne - powiedziała Paulina patrząc na mojego rycerza przez moje ramię. - Ale brakuje mu trochę kolorów - podsunęła mi kredkę pod nos. - Może pokoloruj? Moje zdziwienie sięgnęło szczytu, w umyśle miałem tajfun.... pierwszy raz od niepamiętnych czasów moje oczy były otwarte na oścież a nie jak zazwyczaj lekko przesłonione ciężkimi powiekami. Nie wiedziałem co zrobić, a może wiedziałem ale nie chciałem tego robić. Dzwonek na przerwę i jednocześnie ostatni dzwonek tego dnia wyrwał mnie z napięcia. Wychodząc z sali usłyszałem zza pleców jej dźwięczne: - No to cześć. Zatrzymałem się, lekko spojrzałem przez ramię i odparłem: - Cześć. Wróciłem do domu cały w nerwach, wejście na schody prowadzące do mojego pokoju na poddaszu nie przypominało tego mojego normalnego ciężkiego wolnego kroku, było żwawe i lekkie, od razu mama to dostrzegła. - Co ty taki wesoły? - A tak jakoś - odparłem próbując się z trudem nie uśmiechnąć, wszedłem do swojego małego przytulnego pokoju, w którym panowała kompletna cisza... nie wiem, ilu szesnastolatków całkowicie wygłusza sobie pomieszczenie.... ale nienawidzę hałasu. W kompletnej ciszy chwyciłem za kartkę i ołówek... Moją kompletną ciszę przerwał pisk ołówka na kartce... kiedy... kiedy ostatnim razem rysowałem w domu ot tak...
Dwa dni.
27 maja 2002 Mam mętlik w głowie, jest mi zimno, ten pokój nie przypomina mojego pokoju, choć nim jest; jest mglisty, wręcz mleczny. Leżę na łóżku a obok mnie nie ma jej, wstałem i poszedłem do kuchni. - Hej - powiedziałem nieśmiało do Ani. Ona milczała. - Nadal się gniewasz za wczoraj? Ja naprawdę nie chciałem, przepraszam Cię. Ona wciąż milczała. - Kochanie, nie byłem wczoraj sobą... Odebrała telefon komórkowy. - No, hej - szepnęła do słuchawki. - Tak, trzymam się jakoś... nie, nie musisz przyjeżdżać mamo... naprawdę wszystko w porządku... pa, mamo... - Aniu - podszedłem do niej bliżej. - Ile razy mam jeszcze powiedzieć przepraszam, zanim się do mnie odezwiesz... - Lary... - łza pociekła jej policzkiem. - Dlaczego teraz... - Jak, dlaczego teraz? - odparłem zbity z tropu... - Dlaczego mi to zrobiłeś, teraz... Kiedy indziej ale nie teraz! - Dobrze rozumiem, chcesz zostać sama... Wyszedłem z kuchni z powrotem do sypialni, gdzie znów położyłem się sam na łóżku. Przez cały tydzień była piękna pogoda, słońce rozświetlało miasto, a dziś ta dziwna mgła nie panuje tylko w domu, ale i na zewnątrz. Spojrzałem na zegar i ruszyłem do pracy. Samochód w naprawie, więc uciąłem sobie krótki spacer przez to okropne dzisiaj miasto. Ludzie potrącali mnie po drodze nawet nie odchylając ciał, jakbym nie istniał, może to mgła na nich tak wpływa a może nie tylko, ja dziś patrzę się w chodnik. Zaszedłem do pracy. 26 maj 2002 Niedziela. Rano obudziło mnie słońce, przecudownie owijając moją twarz w swe ciepłe promienie. Odwróciłem głowę, Ania już nie spała, patrzyła się wprost na słońce swoimi jasnymi oczyma. - Nie patrz w słońce bo popsujesz sobie wzrok - powiedziałem. - Co ja poradzę, jak to takie piękne. Uśmiechnąłem się tylko i poszedłem do kuchni. Zrobiłem nam śniadanie i czekałem aż przyjdzie zjeść je ze mną. Nie przyszła, więc poszedłem ze śniadaniem do niej. - Osz ty leniuszku, z łóżka nie chce się wstać? - zaśmiałem się. - Oj, no wiesz, od razu od leni mnie wyzywać, po prostu nie mogę oderwać wzroku od tej jasnej gwiazdy. Zjedliśmy śniadanie i zajęliśmy się swoimi normalnymi niedzielnymi zajęciami: leżeniem, oglądaniem telewizji, czytaniem gazet. Do południa dzień był udany, do południa... wtedy Ania przypomniała mi, że dziś jesteśmy umówieni na obiad z jej rodzicami... Od początku naszego związku patrzyli na mnie z niechęcią, po ślubie nic się nie zmieniło, ale jak to mówi Ania: "przeżyjesz te parę godzin, w końcu tam będę". Wyruszyliśmy po drugiej. Udawane ciepłe powitanie było mroźniejsze od najgorszej obelgi, ale przełknąłem to i spokojnie usiadłem do obiadu. - Może jeszcze troszkę ziemniaczków, Larry? - zapytała Matka Ani z teatralnym wręcz uśmiechem. - Nie, dziękuje. -Nie smakują Ci? - Ależ są pyszne! - Nie były, ale jak wszyscy wokół udają, to ja też mogę udawać zachwyt czymś tak niedobrym. - Kłamiesz! - wykrzyczała z wyrzutem. - Dlaczego nie możesz powiedzieć mi prawdy? - Mówię prawdę - starałem się zachować spokój. - Nigdy nie mówisz prawdy - powiedziała z wyższością. - Zawsze kłamiesz, nawet w kościele mówiąc Ani 'tak' - kłamałeś... Jakim prawem ta kobieta mnie ocenia? Co ona o mnie wie? Ale nadal próbowałem zachować spokój. - Zapewniam panią, że w kościele mówiłem prawdę, tu fakt - skłamałem - bo pani ziemniaki smakują jak błoto. - Jak możesz... - Przecież chciała pani Prawdy, to ją pani dostała. I wtedy stało się coś całkowicie nieprzewidzianego, jej matka rozpłakała się chowając przy tym twarz w dłonie. - Ja przepraszam - odparłem łagodnym głosem. - Nie przepraszaj, nie przeprasza się za to, jakim się jest wrednym człowiekiem - odparł Ojciec Ani tuląc swoją żonę. - Ja jestem wredny? - nie wytrzymałem. - Wiem dobrze, że mnie nie lubicie, nie trawicie, że nie jestem tu akceptowany, powiem wam szczerze... mam to gdzieś! Tak, mam to głęboko gdzieś, całkowicie mnie nie obchodzicie - wy i wasze kartofle. Wyszedłem ostentacyjnie rzucając sztuce na talerz... wyszedłem sam. Długo błąkałem się po ulicy, aż nastał wieczór, poczułem chłód na całym ciele i postanowiłem wrócić do domu. 27 Maja 2002 Poszedłem do pracy, ręka zawiesiła mi się przed drzwiami (a gdyby tak zrobić sobie wolne?). Właściwie, czemu nie, w końcu nigdy nie używałem chorobowego. Zadzwoniłem do szefa. - Halo - odezwał się majestatyczny głos szefa. - Dzień dobry, Larry z tej strony, chciałbym pana poinformować, że... - Halo? - ...nie będzie mnie dziś w pracy... - Halo? Jest tam kto? - Chyba jakieś problemy na łączach... - No, halo!? Rozłączył się. Przeszedłem się tą mglistą ulicą do kawiarni. Zamówiłem kawę i czekałem... W końcu kelnerka przyniosła napój, wprawdzie nie ten, co zamawiałem ale nie miałem dzisiaj ochoty się kłócić. Piłem, ale smaku jakimś sposobem nie czułem, filiżanka stała się pusta a ja nawet nie wiem co piłem. Postanowiłem wrócić do domu. Położyłem się do łóżka dość wcześnie. Obudziłem się koło 22:00 gdy Ania kładła się przy mnie. Powiedziałem dość głośno. - Dobranoc. Milczała, dopiero po chwili, odparła cicho jakby do siebie. - Dobranoc... - i jeszcze ciszej - Kocham Cie... Zasnąłem. 28 maj 2002 Obudziłem się a w domu wciąż panowała ta dziwna mgła. Nie było przy mnie Ani, natomiast na przeciw mojego łóżka stał mężczyzna bez rąk; z przerażeniem wypaliłem. - Kim pan jest? I co pan tu robi?! - Nie denerwuj się, Larry - odparł z uśmiechem. - Skąd pan zna moje imię? - My się wszyscy tutaj znamy, znaczy ty jeszcze nas nie, ale końcu poznasz, to nieuniknione. 26 maj 2002 Wracałem do domu przez ciemną ulicę, nie byłem strachliwy ale dziś miałem jakieś dziwne przeczucia. Wydawało mi się, że ktoś za mną podąża ale gdy się odwracałem, nikogo tam nie było. Zresztą miałem myśli zajęte myśleniem: "jak przeprosić Anię". W końcu lekko mnie poniosło. Dostałem czymś w tył głowy. Bezwładnie Zsunąłem się na mur, potem z muru na ziemię. Nie widziałem nic, czułem jedynie jakieś ręce obszukujące mi kieszenie. Nienawidzę złodziei. Dlatego choć nie widziałem na oczy, rzuciłem się na niego z furią. Usłyszałem jakiś mocny dźwięk... 28 maj 2002 - Czego odemnie chcesz? - wypaliłem wstając z łóżka. - Chcę Ci uświadomić, kim jesteś, bo chyba nie wiesz. - Wiem kim jestem... - Wiesz kim byłeś, teraz jesteś kimś innym. - Tak? tak? - drącząco odparłem. - To kim jestem według pana? - Po pierwsze jesteś trupem, po drugie nie możesz iść do tego innego świata, przynajmniej nie teraz. Roześmiałem się jak najgłośniej umiałem. - Tak? Proszę wyjść z mojego mieszkania nim wezwę policję. - Spróbuj. Złapałem za telefon, kątem oka obserwując mężczyznę. - Dzień dobry, chciałbym zgłosić włamanie. - Tak słucham. - Chciałbym zgłosić włamanie! Sprawca nadal przebywa w mieszkaniu! - Halo? - No... mówię przecież.. - Głupie żarty... Policjant rozłączył się, a mi przyszło na myśl, że z szefem było tak samo. Popędziłem do kuchni, gdzie była Ania. - Kochanie, powiedz, że mnie słyszysz! - wykrzyczałem stojąc w progu. Milczała. - Proszę Cie, przerwij na chwilę swój bunt i powiedź do mnie słowo, błagam Cię... Milczała. - Ty nie żyjesz, Larry - odparł mężczyzna bez rąk. - Jak... - Pamiętasz ten dźwięk nocą 26-go maja? To był wystrzał... złodziej Cię zabił. - Ale... - Nie ma tu żadnego Ale, jesteś martwy... Rozpłakałem się... nie wiadomo dlaczego rozpłakałem się... usiadłem na taborecie i zadałem Mu pytanie. - A czemu... jestem tu a nie "tam"? - Nikt nie może być tam, jeśli pełnię szczęścia zaznał tu, co więcej po dwóch dniach odbiera się nam to szczęście. - Nie rozumiem... - Byłem kiedyś muzykiem - zaśmiał się bezręki. - Całkiem dobrze grałem na gitarze, to byłą moja pasja, moje życie, po dwóch dniach życia po śmierci zniknęły mi ręce, już nie mogę grać, nawet jakbym chciał... - A co mi odbiorą? - Tego nie wiem, ale stanie się to za chwilę więc ciesz się tym póki możesz... czymkolwiek to jest... Patrzyłem się na Anie, patrzyłem się na nią z bliska, z daleka, z góry i z dołu, patrzyłem się i patrzyłem, do momentu w którym zniknęła a ja zostałem w tym domu na wieki.
3 momenty
Życie jakie sobie obrał Raul było według niego idealne. Życie bez zmartwień, obowiązków, przywiązania, sztucznego przeświadczenia, że jest komuś potrzebny, czy jakichkolwiek uczyć wyższych. Uważał się za wolno latającego ptaka, który wraz z kumplami może zwojować cały świat i wszystkie galaktyki poza nim. Dni tygodnia były dla niego sekundnikiem, wpatrywał się w zegarową tarczę życia i w cierpliwym letargu odczekiwał sześćdziesiąt sekund do weekendu. Jedynie wtedy mógł rozwinąć swe koślawe skrzydła i fruwać po imprezach, bo tylko to cenił w życiu, jak i życie ceniło go tylko za to. Część I: Yo..... Na wpół przytomny Raul wraz ze swoimi przyjaciółmi wracał z imprezy, na której to co moralne ustępuje pola temu co dzikie. W promilowych okrzykach zeszli z ulicy do małej, zaniedbanej stacji metra. Ludzie wokół nich rozstępowali się niczym wody przed Mojżeszem, bali się ich, bali się Raula. Ludzie zawsze boją się wszystkiego czego nie rozumieją. Z impetem weszli do pierwszego lepszego wagonu metra. Wygłupiali się na wszystkie możliwe sposoby, często zaczepiali nieznanych im ludzi, nie żeby zrobić im krzywdę ale by się z nich trochę pośmiać, z ich poważnych min i naturalnego ludzkiego strachu. Śmiejący się wniebogłosy Raul nagle zamarł. Nie wiedzieć czemu, machinalnie skręcił głowę w lewo i wyjrzał przez małe plastikowe okienko. Po drugiej stronie peronu stały wagony metra podróżujące w przeciwnym kierunku. To właśnie w jednym z nich jego szeroko otwarte oczy spotkały się z jej oczami. Raul poczuł najpierw bolesne ściśnięcie serca. Na chwilę jego najcenniejszy mięsień stanął w miejscu... po czym z impetem serce ruszyło do pracy dwa razy szybciej niż zazwyczaj... Drzwi wagonu poczęły się zamykać, było to szybkim otrzeźwieniem dla Raula, który w ostatniej chwili przez nie wyskoczył, pędząc na złamanie karku na drugą stronę peronu. Był tuż tuż, gdy drzwi metra, w którym była dziewczyna zamknęły się po cichu. Raul nie był w stanie wyhamować i z ogromną prędkością uderzył w nie głową. Krew pociekła wartkim strumieniem po jego czole. To nie było w tym momencie dla niego ważne, bowiem stali naprzeciw siebie, oddzieleni metalowo-szklaną zaporą. Tak blisko a tak daleko. Metro powoli ruszało, młodzi dalej byli w siebie wpatrzeni, jak dwa obrazy zawieszone naprzeciw siebie, których wzrok nie może się ruszyć nawet o milimetr. Jej wagon zniknął w ciemnym tunelu, zostawiając po sobie jedynie ciche odgłosy uderzania kół o tory. Raul znów odczuł ścisk w sercu, które znów zaczęło działać na wyższych obrotach. Ruszył pędem do wyjścia z metra taranując przy tym masę ludzi. Wybiegł na ulicę i nie zważając na przejeżdżające samochody zaczął gnać środkiem jezdni w kierunku odjeżdżającego wagonu. Dobrze znał tę trasę, dobrze wiedział, że nie jest w stanie przebiec dwóch kilometrów szybciej od jadącego metra. Mimo to biegł ile sił w nogach. W oddali dostrzegł dziecko jadące na deskorolce. Krzyknął w jego kierunku najgłośniej jak potrafił: - Dam Ci dwie dychy za deskę! Dziecko z początku zdziwione, potem z łobuzerskim uśmiechem odkrzyczało: - Pięć dych! Raul cicho zaklął pod nosem i przycisnął banknot do piersi dziecka, tym samym spychając go z deskorolki. Raul za młodu potrafił wyśmienicie ujeżdżać ten kawałek drewna, dlatego mógł podróżować nią szybciej niż biegiem. Wjechał na chodnik zrobiony z prześwitujących krat, pod którymi znajdowały się tory. Patrzył na nie uważnie, modląc się w duchu by go nie wyprzedził. Po chwili jednak rozpędzone tony stali mignęły mu pod nogami a był dopiero w połowie drogi... Wjechał z powrotem na jezdnię, złapał się ruszającego samochodu i dał się pociągnąć dobre pół kilometra, nim deska nie wytrzymała tak dużej prędkości i rozpadła się w drobny mak. Raul z impetem przekoziołkował przez asfalt, nie zważając na rozdarte spodnie, ociekającą krew z kolana i prawdopodobny wstrząs mózgu; pognał po schodach w dół stacji metra. Przeskoczył barierkę opłat, ignorując próbujące zatrzymać go krzyki ochroniarza i pognał na peron. Spóźnił się... o moment... o chwilę... znów zobaczył wagon metra znikający w tunelu... oparł się o kolumnę, jego serce przestało bić jak oszalałe, dopiero teraz poczuł zmęczenie i ból ran, jakich dziś doznał. Wzrokiem wtopionym w kafelkową podłogę próbował uspokoić swój umysł i szybki oddech. Gdy nagle usłyszał cienki i piękny damski głos: - Cześć. Z trudem podniósł głowę... to była ona... stała przed nim, tym razem nie było między nimi żadnej bariery. Próbował zapytać się o jej imię, ale przez rozziajany oddech wydusił jedynie niewyraźne: - Jak... - Yoko - odparła jak gdyby czytając w jego umyśle. W tym momencie Raula popchnął na ziemię ochroniarz. - Yoko... dziwne, nie jesteś przecież Japonką - powiedział Raul zakuwany w kajdany. - Raul... dziwne, nie jesteś przecież Hiszpanem - zripostowała machinalnie. - Tam, gdzie zmierzam... - dodał Raul, gdy ochroniarz zaczął go podnosić z ziemi - będę mógł wykonać tylko jeden telefon. Yoko bez słowa wsunęła mu niechlujnie podarty kawałek papieru z numerem telefonu. Raul nic nie odpowiedział, ochroniarz zabrał go z peronu. A Yoko czekała na podjazd kolejnego wagonu metra, bo aby go spotkać wysiadła o wiele za wcześnie... Szansę, że On za nią pobiegnie były tak samo nikłe jak te, że Raul zdąży przedostać się na najbliższą stację szybciej od metra. Nikłe szanse. Część II: Yo jestem Raul... Po wyjściu z aresztu, Raul i Yoko spotkali się parę razy. Każde ich spotkanie było czymś niebywałym i przesiąkniętym magią. Gdy rozmawiali wydało się, że znają się od wielu lat. Każde ich spotkanie wywoływało u obojga uśmiech i wibracje ciała, utrzymujące się jeszcze długo po zakończeniu spotkania... Byli w sobie zakochani, wiedziało to ich całe otoczenie; znajomi jak i Ci nieznajomi, którzy mogli stwierdzić ten niepodważalny fakt jednym spojrzeniem, skierowanym na nich. Mimo, iż biła od nich miłość oświetlająca nawet najciemniejsze lochy, to oni żyli we wzajemnej nieświadomości, nie byli pewni uczuć drugiej strony, przez co ich uczucie nie mogło przeskoczyć na wyższy szczebel świadomości. Zmiana nastąpiła dwudziestego czwartego sierpnia, kiedy to wybrali się na nocny spacer ulicami miasta. Rozmawiali o sprawach nieważnych dla świata ale ważnych dla nich, byli tak zafascynowani rozmową, że nie czuli upływającego czasu ani kilometrów, które wspólnie przebyli. Yoko dopiero po jakimś czasie zauważyła, że nie chodzą już po chodniku lecz po leśnej ścieżce. Ich piesza podróż wywiodła ich z dala od aglomeracyjnego zgiełku i smrodu. Nie wiedzieli gdzie są, ale mimo tego i tak parli naprzód, wyszli z lasu wprost na małe wzniesienie, z którego można było dostrzec szczyty gór oddalone od nich o dziesiątki kilometrów. Usiedli na trawie wpatrzeni w niebo, gdy nagle spadająca gwiazda oświetliła czarne jak smoła sklepienie jaskrawym łukiem. - Pomyśl życzenie! - wypaliła Yoko z uśmiechem. - Nie muszę, mam wszystko czego pragnę - odparł Raul z zawstydzoną miną, po czym cichutko, tak aby Yoko go nie usłyszała, dodał - no... prawie wszystko. Kolejna gwiazda przeszyła sklepienie. - Teraz ty pomyśl życzenie... - Mam nadzieję... że się spełni... - odparła Yoko jąkając się niemiłosiernie. Na czarnym niebie pojawiła się jaśniejsza plama, która powoli zaczęła wypierać złowrogą czerń. Z tej jasnej plamy na sklepieniu spadały gwiazdy, jedna po drugiej... Raul z początku je liczył, potem stracił rachubę. - Tyle gwiazd chce spełnić nasze życzenia - wypalił Raul trzęsąc się ze stresu. - Nie możemy powiedzieć czego sobie życzyliśmy bo się nie spełnią... Yoko przytaknęła a jej wieczny uśmiech zniknął. Zza gór pierwsze promienie słońca poczęły pieścić ich twarze, Raul zacisnął pięść... i namiętnie pocałował Yoko... bał się odrzucenia ale jego uczucie przezwyciężyło strach, który był bezpodstawny i głupi. Pośród spadających gwiazd i wschodzącego słońca, odwieczni kochankowie okazali sobie to, co tak długo skrywali. Od tego momentu stali się jednym palcem tej samej dłoni zwanej światem. Część III: Yo, jestem Raul i chcę oddać za ciebie życie Czas mijał, Raul przestał żyć w letargu, dzięki Yoko rozprostował w końcu swoje krzywe skrzydła, które teraz otworzone na oścież pozwalały mu latać wyżej niż kiedykolwiek. Dni tygodnia nabrały nowego znaczenia, nie były już tylko przystankami pomiędzy weekendami. Choć ich związek trwał już parę lat, choć już było dawno po ich zaręczynach to ta relacja nie straciła nawet odrobiny ze swojej magi. Każde ich spotkanie wyglądało jak pierwsze. Zawsze budzili się rankiem w tym samym momencie, jak i w tym samym momencie zasypiali nocą. Nikt nie mógł tego zepsuć... Nic poza wolą losu. Pewnego słonecznego dnia, w niewielkim osiedlowym sklepie z warzywami, Yoko osunęła się na podłogę. Było to tak niespodziewane, że jej odwieczny uśmiech nie zdążył zniknąć z jej twarzy. Wada serca - wyroki lekarzy zawsze są bardziej surowe od wyroków sędziów, w tym wypadku nie było inaczej. Przeszczep albo śmierć. Raul nigdy nie płakał w swoim życiu... Nie płakał, gdy ojciec go bił, nie płakał, gdy umarła jego matka, nie płakał po swych miłosnych zawodach, nie płakał nawet jako niemowlę... Samotnie leżąc na łóżku opasany zmiętolonym prześcieradłem płakał... czuł się bezradny... nachodziły go miliony myśli, z którymi po kolei się zmierzał, próbował znaleźć rozwiązanie... Aż w końcu znalazł. Następnego dnia udał się do szpitala, do Yoko. Najchętniej siedziałby tam całe dnie, ale lekarze z uwagi na stan pacjentki pozwalali jedynie na krótkie wizyty. Gdy wszedł do sali, w której leżała, bezwiednie się uśmiechnął, miał ochotę płakać. Jednak jej widok, jej żywe spojrzenie odtrąciło od niego troski; liczyła się chwila, tu i teraz, nie przyszłość. - Skarbie, musisz być silna! - wypalił łapiąc ją mocno za rękę. - Wszystko będzie dobrze, nie martw się - odparła i choć próbowała, to jednak łza pojawiła się w kąciku jej oka. - Pamiętasz... co powiedziałem podczas oświadczyn? - zapytał nie spuszczając z niej oczu. - Pamiętam doskonale - odparła lekko zdezorientowana. - To dobrze... Kocham Cię - powiedział i pocałował ją... Spadające krople w kroplówce i światło bocznej lampy nieudolnie naśladowało miejsce ich pierwszego pocałunku to jednak czuli to samo co tamtego dnia. - Ja Ciebie też kocham... Raul wyszedł ze szpitala, miał czysty umysł, wiedział co zrobić, wszystko było przygotowane, jeszcze tylko pomyślał o wszystkich wspólnych chwilach, które spędził razem z Yoko... i... Tępe uderzenie w głowę spowodował nadjeżdżający samochód... Raul wystawił się w taki sposób by tylko jego mózg zginął. Blisko szpitala... Blisko osoby potrzebującej... Raul był pewien, że jego serce trafi właśnie do Yoko. Chwilę po tym, Yoko nie wiedząc co się przed chwilą wydarzyło, rozmyślała o słowach Raula... - Przysięga? Przecież znam ją na pamięć... była taka piękna, pisana wierszem, jedyny wiersz, jaki dla mnie napisał. Mówi, że nie umie pisać wierszy... "Choć poznałem Cię w krwi potoku To od początku byłem w miłosnym uroku Mogę latać z tobą ponad chmury Mogę burzyć wszystkie mury Dlatego chcę byś do końca moja była Przed mą miłością się nie skryła... Yo... Jestem Raul i chcę oddać za Ciebie życie. W każdym miejscu, w każdym czasie." Do sali wbiegł lekarz z uśmiechem na twarzy krzycząc: - Mamy dla pani serce! Yoko, choć chciała się uśmiechnąć to dziwnym trafem nie mogła... Wiedziała, że to przecież najwspanialsza nowina, jaką mogła otrzymać ale miała złe przeczucie. - Skąd je... macie? - zapytała, sama nie wiedząc czemu o to pyta. - Pod szpitalem był wypadek, ktoś potrącił mężczyznę, jego mózg zmarł na miejscu, ale serce dalej bije... w portfelu znaleźliśmy kartę honorowego dawcy organów, grupa krwi się zgadza... natychmiast zabieramy panią na operację! Zęby Yoko poczęły dygotać, oczy otworzyły się szeroko pod naporem ogromnego napadu strachu... "Pamiętasz słowa przysięgi? Yo... Jestem Raul i chcę oddać za Ciebie życie." Nie musiała pytać lekarza o imię dawcy... ona już to wiedziała. Zamknęła oczy, uśmiechnęła się... Dziewięćdziesiąt sześć... dziewięćdziesiąt pięć... sześćdziesiąt dwa... dwadzieścia trzy... zero... w parę sekund jej puls spadł ze znakomitego poziomu do zera. Lekarz wezwał pomoc. Nowocześni szamani próbowali przywrócić ją do życia, ale to było bezcelowe. Yoko zamykając oczy odeszła z tego świata. Bowiem nie tylko organy trzymają nas przy życiu.
Przykre życie Actimela
Gorąco, na początku było mi strasznie gorąco. Nie widziałem jeszcze na oczy, czułem tylko wszechogarniające ciepło na mym Ciele. Płomienie oplatały mnie jak chustka oplatuje stare babcie. Czy to możliwe, że trafiłem do piekła tuż po narodzinach? Nie, to nie możliwe, nie czuje w sobie duszy, jestem pozbawionym duszy kawałkiem plastiku. Otworzyłem oczy, zimny wiatr spowił moje ciało. Ciepło odchodziło ode mnie, parowało, umierało bo jego źródło zostało wyłączone. Stygłem. Wielkie metalowe łapy złapały mnie i rozciągały jak lalkę. Formowały moje Ciało, tak bezdusznie, tak boleśnie. Z kawałka plastiku przybrałem kształt małej beczki, malutkiej wręcz buteleczki. Odstawiony na półkę, stałem przez chwile wciąż pozbawiony duszy i chęci życia. Bo jakie plastikowe życie butelka prowadzić może. Przemyślenia zawsze są przerywane, nigdy się same z siebie nie kończą. Moje egzystencjalne przemyślenia przerwała kolejna metalowa dłoń łapiąca mnie za gardło. Postawiony na ruchomej ziemi przesuwałem się do przodu nie wiedząc co się dzieje. Zatrzymałem się. Z wielkiego lejka wpłynął we mnie biały płyn. Taki zimny a taki ciepły, płyn zapełnił mnie całego aż po brzegi. Poczułem się cięższy i bardziej wartościowy. Płyn ten to moja dusza, moje wnętrze, białe i nieskazitelne. Uśmiech pojawił się na mojej nie twarzowej twarzy. Już znam cel istnienia, już nie jestem taki niepotrzebny, już mam zawartość. Ponury srebrny kapsel zapieczętował zawartość we mnie, by się nie ulała choćby z niego kszta, bo gdy stworzenie traci odrobinę duszy staję się pozbawione uczuć. Jeszcze przylepiono na mnie ten napis, to chyba moje imię "Actimel" i nazwisko "Danone". Wrzucony do wielkiego pudła oczekiwałem aż spełni się moje przeznaczenie. Miesiącami czekałem w tej obskurnej sklepowej lodówce... Czekałem na to, żeby ktoś mnie wypił, ktoś ktokolwiek, bym mógł okazać swoją wdzięczność pobudzając jego system odpornościowy do pracy. Czekałem z niecierpliwieniem ale równie mocno się bałem, bo przecież to będzie mój koniec, umrę by ktoś był zdrowszy. Czy to właściwe wyjście odbierać komuś całe życie dla zdrowia? Ale zawsze potem przypominałem sobie, że taki już mój cel, takie moje zadanie pszczoła ma ożywiać kwiaty, drzewa mają pozwalać żyć stworzeniom. Moje życie jak również życie pszczół i drzew stworzone jest dla wyższego celu, tego dla mnie mogącego wydawać się mało wartościowym ale w rzeczywistości jest szczytny i napawający dumą. Ja Actimel Danone mam jeden cel dla którego tu przyszedłem i ten cel muszę spełnić, choćby nie wiem co. To nie ważne, że interesuję się poezją. To nie ważne, że chciałbym zwiedzić Chiny. To nie ważne, to wszystko wydaje się całkowicie nie ważne, wszystkie dobra, cała kultura, stworzenia, świat jest nieważny gdy ma się cel w życiu. Człowiek chwycił mnie za szyjkę. Oderwał niechlujnie srebrny kapsel i wypił mnie jednym łykiem. Złoto, srebro, brąz, kolory tęczy to wszystko miałem przed oczyma, wszystko a zarazem nic. Spełniony i wypróżniony do ostatniej kropli wylądowałem w śmietniku. To nic, to naprawdę nic, że tu jeszcze przez chwilę poleżę nim odejdę na dobre. Byłem tylko gąsienicą, małą brzydką gąsienicą, gdy człowiek mnie pił uwolniłem się i stałem się pomarańczowym motylem, na chwilę... na moment Tak to jest w naturze, został ze mnie kokon gąsienicy bez motyla. Ale to przecież nic złego.
Skrzypce bolą
Dorotka wciągnęła powietrze do płuc i z całej siły dmuchnęła na stare drewniane skrzypce. Delikatna warstwa kurzu wzniosła się w powietrze i bezszelestnie spadła na ziemię. Była przestraszona a zarazem podniecona. Wiedziała, że dostanie porządne lanie od ojca, gdyby teraz ją tu nakrył, nie mógł się dowiedzieć, że ruszyła ona stare skrzypce należące do jego żony. Dorota chwyciła za smyczek, przytknęła do skrzypiec końskie włosie. Zamknęła oczy. Przypomniała sobie stare dobre czasy, kiedy Matka Elżbieta zabierała ją do Filharmonii. Elżbieta była główną solistką Łódzkiej Filharmonii im. Rubinsteina. Młoda Dorotka zawsze stała za kurtyną, bacznie przysłuchiwała się pięknej grze swej mamy, gołymi rękami naśladowała jej ruchy, wyobrażała sobie, że stoi na scenie obok i wtóruje basiście. W wieku dziesięciu lat Dorotka dostała skrzypce. Ćwiczyła dzień i noc, noc i dzień by dorównać ideałowi, którym była dla niej matka. Nie raz rzucała skrzypce w kąt, z czerwonymi uszami, powyginanymi palcami i zapłakanymi oczami obrażała się na nie, ale zawsze im potem przebaczała. Prócz matki i zazwyczaj nie wracającego na noc Ojca, skrzypce były jej jedynym przyjacielem. W wieku czternastu lat Dorota pojechała z Mamą do Filharmonii by zagrać po raz pierwszy przed widownią. Podczas długiej drogi Dorota poganiała Elżbietę by ta jechała szybciej, bo się spóźnią. Pędziły na złamanie karku do momentu, w którym Elżbieta straciła panowanie nad samochodem. Wpadły do rowu. Z futerału leżącego na tylnych fotelach wypadł metalowy smyczek Dorotki, który przebił serce Elżbiety. "Metal ulepsza dźwięk" - mawiała Dorota. Ojciec Doroty nie wytrzymał śmierci swej żony, wyrzucił wszystkie jej trofea, prawie wszystkie skrzypce. Muzyka już nie grała w ich domu. Dorota dostała zakaz słuchania i grania na skrzypcach. A teraz stoi na strychu mając lat szesnaście i wspomina ten feralny dzień. Ręce jej drżą, powieki same mrugają z prędkością światła, łzy napływają jej do oczu. Pociągnęła włosiem po strunach, cudowny dźwięk wydobył się ze skrzypiec. Pociągnęła drugi raz i trzeci, otworzyła oczy i zaczęła grać jak maszyna. Machinalne krótkie i ostre ruchy tworzyły muzykę złości, żalu, tęsknoty. Przyśpieszyła tempo, łzy spływały jej już z policzków i łączyły się w jeden strumień na szyi. Zwolniła, jej ruchy stały się płynne i powolne. Łzy sprawiały, że nie widziała już na oczy, grała na ślepo. Przerwała. Stała jak wryta patrząc beznamiętnie w podłogę, cicho pod nosem szepnęła: "To dla Ciebie mamo". Znów położyła skrzypce pod podbródkiem, spokojnie przesuwała smyczkiem, piękniej niż chwilę temu; bez łez, bez złości, nie dla siebie a dla mamy. Skończyła grać, nigdy więcej nie dotknęła już skrzypiec.
Mała dziewczynka
Dawno dawno temu była sobie mała dziewczynka. Mała dziewczynka nie miała domu, nie miała rodziców, nie miała psa ani fretki. Mała dziewczynka stąpała po ziemi lekką stópką nie przejmując się głodem, chorobami i wszystkim co ją otacza. Mała dziewczynka spotkała na swej drodze małego chłopca. Mali ludzie szybko się zaprzyjaźnili bo mały chłopiec miał stopę lżejszą od małej dziewczynki. Gdy frunęli nad wodą rozkoszując się widokiem głupich topiących się ludzi o ciężkich stopach, dziewczynka wyznała miłość małemu chłopcu. Mały chłopiec turlał się po chmurach z radości bo i on ją kochał. Od tamtego czasu ich stopy nie dotykały już nigdy ziemi, ich miłość wzniosła ich ciała ponad poziom jaki utrzymywali dotychczas, nie stąpali już po chmurach. Ich cudowne nogi odbijały się od gwiazd, ślizgali się razem po drodze mlecznej, przytulali się rozgrzewając zimne planety oddalone daleko od słońca. Razem tworzyli ideał, razem mogli wszystko, byli razem ale jednocześnie oddzielnie, mała dziewczynka zauważyła, że potrafi latać bez małego chłopca, opuściła go i latała w bezkresie galaktyk samotnie i szczęśliwie a mały chłopiec z impetem spadł na ziemię i tam pozostał bo on bez małej dziewczynki szybować nie umiał.
Uczuciowy silnik
Przeogromne maszyny coś tworzyły. Przeogromne maszyny tworzyły coś, wykorzystując całą swoją energię. Przeogromne maszyny skończyły już tworzyć. Przeogromne maszyny zostały wyłączone. Samochodowy silnik, który tworzyły został od nich zabrany, wsadzony między zimne blachy. Podłączony do rozrusznika czekał w ciemności na życiodajne tchnięcie. Przychodzili ludzie, oglądali, podziwiali i zostawiali. Za każdym razem, gdy ktoś otwierał maskę samochodu, silnik węszył nutę nadziei. "A może mnie zechce?" A każde zamknięcie maski, szczypało zawór silnika tak silnie, że ten z trudnością pohamowywał wyciek oleju. Wiedział, że musi być piękny, lśniący, dumny by ktoś go wybrał. Pewnego wspaniałego poranka, maska z niesłyszalnym zgrzytem otworzyła się, przed silnikiem stanęła ładna, zadbana kobieta. Nie spoglądała na silnik jak większość kobiet, nie patrzyła na to czy jest ubrudzony od smaru, czy jest chromowany, czy jest czysty. Patrzyła na niego z rajdowym błyskiem w oczach. Ku zdziwieniu silnika jak i sprzedawcy samochodowego, kobieta położyła swoją delikatną dłoń obdarzoną średniej wielkości paznokciami na samym centrum bloku silnika. Zamknęła oczy, przycisnęła rękę mocniej, po chwili jeszcze mocniej. Uśmiechnęła się i powiedziała "biorę go, bez względu na cenę". Silnik z trudem utrzymywał uszczelki z euforii, jego mechaniczne konie zaczęły skakać z radości, co jeden to wyżej. Sprzedawca położył swoje tłuste palce na masce po raz ostatni. Pewien okres życia silnika właśnie się skończył. Już dość czekania, już dość smutków, już dość bycia niepotrzebnym. Teraz ma dla kogo żyć. Po jakimś czasie silnik usłyszał delikatne otwarcie drzwi, ktoś wsiadł. Przez rurę wydechową czuł zapach tej osoby, to była ona - Pani z demonem szybkości w oczach. Fantomicznie poczuł jej palce na kluczyku, zapadka upadła na kołowrót. Silnik wziął wdech i z uśmiechem na cylindrach ruszył od miesięcy nie używane tłoki. Pracował równomiernie, czysto, pięknie, nie chciał jej zawieść. Przenigdy nie chciał sprawić jej zawodu, był gotów pracować cały czas na najszybszych obrotach, był gotów na okaleczanie swych zębatek, był gotów wyciągać niesamowite prędkości na najgorszym dostępnym paliwie, był gotów sam spłonąć by sprawić jej odrobinę frajdy. Ruszyła spokojnie, wyjechała z salonu. Kobieta nigdy nie sprawiała nadmiernego bólu silnikowi, dbała o niego, nie nadwyrężała go. Wprawdzie wiedziała co on lubi i że czasem też można poszaleć, ale nigdy nie przesadzała. W jednej chwili ich obustronna miłość prysła, wielki tir zajechał jej drogę, kobieta odbiła na pobocze. Silnik złapał się za wszystkie paski, za wszystkie tłoki, za wszystko co mogło zahamować by pędząca masa żelastwa jaką byli wspólnie nie wpadła na betonowy słup. Zębatki się gięły, paski pękały, silnik nie mógł już zrobić nic, był prawie martwy. Wtedy kobieta nagle skręciła kierownicą, wbiła się w słup bokiem, przez co silnik nie doznał żadnego uszkodzenia, drzwi wbiły się w nią jak nóż w masło. Silnik nie wiedział czemu to zrobiła, ocaliła go poświęcając siebie? Przecież on jest tylko silnikiem, nierozumnym metalowym stworzeniem. Po tym ktoś go przygarnął, ktoś naprawił, ale mimo to już nigdy nie odpalił.
Smutny słonik
Pamiętam jak dziś, otworzyłem moje wielkie znudzone oczy z głębokiego snu. Co zobaczyłem tuż po przebudzeniu? to co zazwyczaj... Wodopój, siano,plac do spacerku i te przebrzydłe kraty. Marzy mi się wolność, chociaż inni mieszkańcy ZOO zazdrościli mi tej przestrzeni życiowej, to dla mnie było to zdecydowanie za mało. Inna sprawa, turyści! Ich słowa, bez ich wiedzy co dzień ranią moje wielkie tłuste serce "Mamo popatrz na jego trąbę","ale ogromny, pewnie ma mały móżdżek","Moszimo haradara kendda!". Minął poranek, jak zawsze chlapałem się wodą dla zabicia czasu, gdy nagle, stało się coś nie zgodne z grafikiem. O 14:00, otworzyły się kraty zaplecza. Za wcześnie na jedzenie, musieli mieć inny cel wizyty i pewnie nie wpadli zaprosić dziesięciotonowego szarego słonia do kina. Poczułem delikatne ukłucie na trąbie, ryknąłem przeraźliwie i upadłem na ziemię... Obudziłem się po paru godzinach, ze strasznym kacem, szybka kalkulacja w głowie co się stało, "czy znowu turysta dolał mi wódki do wodopoju?" Nie, nie, nie! Zostałem uśpiony przez strażników! Dręczyło mnie pytanie "po co?", przecież byłem zawsze miły i grzeczny, nie sprawiałem kłopotów to dlaczego tak drastycznie to załatwili; ah Ci durni ludzie. Podniosłem się bardzo ociężale, rozejrzałem się wokół siebie i oniemiałem. Na moim przepięknym śmierdzącym posłaniu leżała Ona. Piękna, szczupła, lśniąca słonica o seksownej zawiniętej do dołu trąbie. Serce zaczęło mi bić szybciej, moje twarde jak głowy posłów nogi zrobiły się miękkie jak wata, miałem ochotę obudzić ją i porozmawiać, ale w moje serce wkradł się strach. Nie mam doświadczeń jeżeli chodzi o słonice, przecież ja urodziłem się w Zoo, samotnie spędzałem tu życie, może stałem się asłoniowospołeczny? Bałem się tego bardziej niż dentysty zoofila, który odwiedził mnie tydzień temu. Moja nowa współlokatorka przekręciła się z gracją ośmiotonowej baletnicy na drugi bok i bardzo powoli otworzyła oczy. Spojrzała na mnie, tak cudownie i ciepło, że poczułem się jakbym chwycił pana Boga za nogi - gdybym miał ręce. Powstała powoli, podeszła bliżej nadal z tym przepięknym uśmiechem i podała mi swoją seksowną trąbę. Uścisnąłem ją mocno, może nawet za mocno, ale mimo tego uśmiech z jej pyszczka nie znikał. - Skąd jesteś? - zapytałem by przerwać ciszę. Ona nic nie odpowiadała, tylko się wciąż pięknie uśmiechała, chyba wiedziałem w czym rzecz, ona nie mówi PO POLSKU, na szczęście, klatkę obok zamieszkuje "Pijane oko dżon" Leniwiec z Ameryki, który czasem uczył mnie angielskiego. - Where are you from? Nadal pięknie się uśmiechając, pokręciła głową. Angielski też nie, hmm, co to może być? Podeszła jeszcze bliżej i przerwała moje rozmyślania, ryknęła tak głośno, że serce prawie mi stanęło... Ona nie jest z Zoo! To jest dzika słonica i zna tylko język słoni, język którego nie dane mi było poznać... Po tym donośnym ryknięciu objęła mnie trąbą, noc spędziliśmy razem, bez słowa. Mijały dni, ona nauczyła mnie języka wolnych słoni, ja ją lekko nauczyłem polskiego, wszystko układało się nam wyśmienicie, do czasu. Pamiętam to dokładnie, to był czwartek, po upojnej nocy znowu przyszli strażnicy, poczułem ukłucie w trąbę. Znowu! Czyżby chcieli mi przyprowadzić kolejną słonice? Chcą mi zrobić harem? - zasnąłem. Obudziłem się na jeszcze większym kacu, marzyłem teraz tylko o tabletce przeciw bólowej, ale gdzie jest moja wybranka? Rozglądałem się do okoła, nie ma po niej śladu, zacząłem się denerwować; gdzie ją zabrali i na jak długo? Popędziłem czym prędzej do klatki obok do Tygrysa bengalskiego o ksywce "Pierdd". - Pierdd! Co tu się stało! Gdzie ona jest! Pierwszy raz widziałem by dumny paskowany tygrys spuścił wzrok. - Ludzie chcieli... tylko byście się rozmnożyli... ona wraca do swojego Zoo. Mój świat się zawalił, łzy napłynęły mi do oczu... I po tym wszystkim miałbym wrócić do swojego beznadziejnie nudnego życia? Powiedziałem sobie - NIGDY, muszę się stąd wydostać i zacząć ją szukać! Rozpędziłem się i uderzyłem głową w kraty, wygięły się, ale nie pękły. Poczułem niesamowity ból czaszki, moje prawe oko zalała krew. Ryknąłem jak przystało na prawdziwego wolnego słonia, uderzyłem w kratę po raz kolejny i kolejny, ona nie pękała, nie chciała ulec. Uderzyłem ostatni raz, ona puściła, poczułem się słabo. Spojrzałem w dół, stałem w kałuży krwi, swojej krwi, usłyszałem lament moich getto przyjaciół... Już na mnie czas, tak chcę by moja historia się skończyła. Umarł bo próbował. Jestem szary ale tylko na skórze.
Poeci w sądzie przegrają
Cóż to był za piękny dzień, ileż to cudownych chwili dziś spędziłem, nie zliczyłbym tego na palcach, nawet jakbym miał ich sto. Rankiem dostałem cudowny list z gratulacjami od Profesora Leszkowicza, który rzadko kiedy chwali kogokolwiek prócz siebie, a i siebie rzadko chwali. A tu proszę! Taki list otrzymałem Ja... Szanowny Panie. Jestem głęboko wstrząśnięty pańskim poematem dotyczącym powstania życia na ziemi. Poemat jest napisany perfekcyjnym językiem a jego przesłanie wbiło mnie w fotel. Dlatego też proszę o uznanie tego listu jako pochwałę z mojej strony. Z poważaniem. Nie minęły dwie godziny a dałem swój pierwszy wywiad do prasy, bardzo miła i przyjemna dziennikarka wypytywała mnie o wszystkie aspekty mojego życia, ale zadała jedno pytanie, które teraz wydaje mi się kluczowe. - Czy nie boi się Pan gniewu Bożego? W końcu dość nieprzychylnie odnosi się pan w swojej pracy do Boga. - Oczywiście, że się nie boję, w końcu jestem ateistą - gromko się zaśmiałem i prawie spadłem z krzesła. Po południu wróciłem do domu i dostałem nagłego ataku weny, stworzyłem pięć czy tam sześć opowiastek, z których do czegokolwiek nadawały się może trzy, reszta trafiła do papierkowego raju - do śmietnika. Niespodziewanie, z Nienacka - nastała noc. Przed snem jeszcze rzuciłem okiem na ten mój poemat, który może jeszcze nie jest bardzo popularny ale jest na dobrej drodze. Zawsze czas płata figle. Figle są w moim zegarku wskazówką Potocznie czas na ziemi Bóg ustala A co, jeśli odejść chce a on mi nie pozwala? Oczami mrugam, rękami klaszcze A on wciąż na ziemi mnie trzyma i głaszcze. Postanowienie moje. Umrzeć już pora. Umrzeć już czas. Lecz Bóg na mnie patrzy mętnym wzrokiem I woła i krzyczy, że czas on ustala Że nie mnie decyzja w rękach zostaje złożona A jego cierpliwości skrzynka została opróżniona. I co z tym zrobić Jak panem siebie być by w zgodzie z panem naszym być? Odpowiedź jedno nasuwa pytanie Czy Boga ja potrzebuję? Czy tylko on mnie na swe wezwanie... Ułożyłem się ładnie do snu na prawym boku i zmrużyłem oczy... Szczekanie.. Pies... Ocucony gromkim wyciem kundla przywdziałem czarny szlafrok i wyszedłem na podwórze zobaczyć co mój pies wyprawia. Zostałem uderzony obuchem w głowę przez zamaskowaną postać w szarych skarpetkach; padłem jak kłoda na ziemię. Zimno... Leżę nago na zimnym cemencie, nie mam siły się ruszyć. Moje ręce i nogi skute są jeszcze zimniejszymi łańcuchami. "Co ja tu robię? gdzie jestem?" Nie mogłem ogarnąć wszystkich myśli piętrzących się w mojej głowie. Właśnie, głowa! Choć dostałem czymś ciężkim prosto w potylice to ona w ogóle mnie nie boli. W czarne bezokienne pomieszczenie wkradło się jasne światło, drzwi na przeciw mnie otworzyły się z hukiem. Przez to ogromne światło widziałem tylko sylwetkę mojego oprawcy; była nienaturalnie duża a z pleców wyrastały jej jakieś dziwne... macki? Podeszła do mnie bliżej i rozkuła mi kajdany. Wolność! - pomyślałem uradowany ale po chwili znów zacząłem myśleć racjonalnie... Ktoś mnie tu przywlókł, rozebrał, przykuł w kajdany by mnie teraz uwolnić? Nie możliwe. Tak, to było nie możliwe... Dziwna postać chwyciła mnie pod pachy i podniosła z ziemi, po czym zarzuciła mnie na plecy i wyszliśmy z tego więzienia. Teraz już wiem co to za dziwne macki... To są skrzydła, orle białe skrzydła... anielskie białe skrzydła... - Dokąd mnie zabierasz - wyszeptałem przerażony. - Sąd Cię czeka, grzeszniku - odparł głosem tak miłym i ciepłym, że pomimo tej całej sytuacji uśmiechnąłem się i wiedziałem, że nie spotka mnie tu nic złego. Zostałem położony na niewygodnym krześle obok czterech tak samo nagich jak ja ludzi. Rozpoznaję ich. Rozpoznaję ich wygląd, szczególnie dwóch z nich... Jeden o pokaźnej brodzie, krótko wyliniałych, siwych włosach, drugi o takim dziwnym spojrzeniu... Skąd ja ich znam...? Nie miałem czasu zapytać... Na środku sali pojawiła się biała, świecąca postać, konturowo jak człowiek ale jednak taki bez kształtu. Jak gdyby był każdym człowiekiem na ziemi. Czy to Bóg? - Tak to Bóg - odrzekł anioł stojący tuż obok nas. - Witam was drodzy poeci - powiedziała bezkształtna postać. Nie wiedziałem co odpowiedzieć, czy cokolwiek wypadałoby powiedzieć np. "cześć, Boże!". Wolałem przemilczeć. - Zebraliśmy się tu - kontynuował - by was osądzić, jak i wy sądziliście mnie i innych. Sądzić? Przypomniałem sobie moje dzisiejsze słowa "nie boje się, jestem ateistą". Tak, tak... Boję się jak wszyscy diabli. W końcu strach jest ceną wyobraźni i potrafię sobie wyobrazić, jaka kara może mnie czekać, jeżeli oczywiście jakakolwiek będzie. - Zacznijmy po kolei... - Jan Kochanowski. Brodacz wstał, już wiem, skąd go znałem, a ten drugi o dziwnym imieniu to na sto procent Mickiewicz. Tego jestem pewien, ale tych dwóch pozostałych nie znam... - Zabrałem ze świata twoją córkę byś postrzegł w życiu jego kruchość, by twój talent wykiełkował w stronę: "świat jest piękny bo już jutro możemy nie żyć". A ty poszedłeś w stronę płaczu i lamentu, twoje dzieła zamiast sprawiać radość -wyciskały łzy. Za to spotka Cię teraz kara. Skazuje Cię na dwieście lat w nefrytowym pokoju, gdzie co dzień będziesz mógł oglądać swoją córkę, ale dotknąć, ani słowa zamienić z nią mógł nie będziesz... Kochanowski krzycząc i wijąc się na ziemi został odprowadzony przez anioła do swojego pokoju. Bóg skierował swój wzrok na człowieka o dziwnym spojrzeniu. - Adam Mickiewicz - wyszeptał złowrogo. - Przez wieki porównywałeś swoją ojczyznę do mojego syna, jak Ci nie wstyd było! Śmierć maluczkich ogłaszasz mesjanizmem, to się prosi o pomstę do nieba! - Bóg zaśmiał się ze swojej gry słów... tylko on się zaśmiał... - A co więcej! Papierowy bohaterze, nie brałeś nawet w tych - prychnął - mesjańskich czynach narodu udziału... za karę skazuję Cię na sto lat w szklanym domu Żeromskiego, gdzie co chwila cherubiny czytać Ci będą dzieła Słowackiego od Grobu Agamemnona po samego Kordiana. Mickiewicz rozpłakał się soczyście ale nie wyrywał się... odszedł samotnie do szklanego pokoju. Strach u mnie potęgował się z każdą chwilą! Na co mnie skarze?! Za co mnie skarze! ile dostane! rozpaczliwie patrzyłem na jego bez kształtne oczy, na kogo teraz spojrzą... Bóg wirował wzrokiem, przeskakując po kolei po nas... "Oby nie ja, oby nie ja..." - chciałem odwlec nieuniknione. Zawiesił się na podstarzałym, uśmiechniętym mężczyźnie, któremu uśmiech nie schodził z twarzy choć przecież sytuacja była niezwykle groźna. - Witold Gombrowicz! - Bóg klasnął w dłonie. Tak oczywiście! to Gombrowicz, ale on tutaj? Co on takiego złego uczynił? Nie szydził przecież z Boga, o ile dobrze pamiętam. - Bardzo, bardzo lubię twoją groteskę, drogi Witoldzie! - Cieszę się niezmiernie. - Ale... - Wiedziałem, że będzie jakieś ale. W pozbawionej sensu sali zawsze jest jakieś ale, nawet jeśli to ale przybiera postać... - Dobrze już dobrze... - przerwał mu Bóg. - Bo nowego Trans-Atlantyka stworzysz... - Tak, tak.. no więc co mnie tu czeka? - Nic, poza tym co ty zadałeś ludziom, dlatego bez kary od razu trafiasz do nieba, będziesz miał dużo czasu na pisanie. Gombrowicz z uśmiechem przeszedł przez wielką bramę, aż dziw, że dopiero teraz ją ujrzałem, w końcu była tu od zawsze. Ale tak, tak, tak! To dało mi nadzieję, nie wszystkich czeka kara, to nie jest sąd grzeszników to jest sąd ogólny, mogę trafić do nieba! Teraz role się odwróciły, już nie patrzyłem na Boga w strachu, no może lekkim, ale nie takim przeszywającym jak chwilę temu. Teraz miałem szansę, już nie chciałem czekać, miałem ochotę mu pomachać i wrzasnąć: "halo, halo tu jestem!" by mieć ten osąd już za sobą. Ale nie... Bóg najechał wzrokiem na kolejną osobę. - Tadeusz Różewicz. Starszy mężczyzna wstał z miejsca jak przystało na prawdziwego Dżentelmena. - Pragnąłeś jedynie spokoju w życiu i ten spokój ja ofiaruję Ci po śmierci. Witaj w niebie, synu. Wielka chwila. Wielki moment. Przyszedł czas na mnie. Bóg przeszył mnie wzrokiem i spojrzał na mnie dosadnie... Byłem już pewien, że nie trafię od razu do nieba... - Sebastian Lewy - wyszeptał złowrogo. - Tak? - odparłem cicho. - Wiesz, czemu dałem Ci talent? - Nie mam pojęcia. - Myślisz, że talent to takie hop siup, każdy może dostać? Wiesz, ile naszukałem się odpowiedniej osoby, by ten dar ofiarować? - Zawiodłem? - Na całej lini! Pisałeś jakieś durnoty do prasy, a to, co naprawdę wartościowe, te wielgachne książki, które tworzysz chowasz do szafki? By nikt tego nie ujrzał? - Ale... - Nie ma tu żadnego ale, dałem Ci talent byś podzielił się nim ze światem a ty okazałeś się samolubem większym niż ktokolwiek inny, trzymałeś to dla siebie... - I jeszcze pewnie dojdzie do tego to, że pisałem o tobie Boże niezbyt przychylnie... - Żartujesz? Mam poczucie humoru większe niż sobie wyobrażasz. Rozumiem żart i ironię, nie kryję urazy za to... - Jaka spotka mnie kara? - Najsurowsza, jaką kiedykolwiek poecie wymierzyłem. Przełknąłem ślinę, co może być gorszego od stu lat słuchania wypocin Słowackiego! (wielkim poetą był, prawda?) - Jaka? - zapytałem zrezygnowany. - Pięć lat w pokoju piór. Co? Pięć lat? Tylko? To ta najstraszliwsza kara? Jakoś to przeżyję! Uśmiechnięty poszedłem wraz z aniołem do tego pokoju. Był widny, miał dużo okien przez które rozchodził się piękny widok... łąki, drzewa, małe jezioro... Nie mogłem uwierzyć, że to moja kara! Usiadłem przy biurko, na którym leżała masa kartek, lekkim okiem powiem, że było ich tam od dwudziestu do trzydziestu tysięcy... Otworzyłem szufladę a tam masa! Konkretna masa długopisów, piór, i wszelkiego rodzaju mazideł. Raj! Dla pisarza pięć lat ciszy, spokoju, piękne widoki, kartki, papier - to istny raj! Chwyciłem pierwszy lepszy długopis i zacząłem pisać i jednocześnie nie zacząłem... Długopis nie pisał. Chwyciłem następny. Nie pisał... Kolejny - nie pisał. Jeszcze jeden - nie pisał. Różowy flamaster - nie pisze. Wydarłem sobie włosy z głowy, krzycząc donośniej niż ścianę obok Mickiewicz czy Kochanowski. Największa kara, jaką może dostać poeta to niemożność pisania.
|
|