Nie smuć się cz 2.
Rozdział II
"Sens"
Kolejny dzień w szkole. Z trudem powstrzymuje wzrok przed patrzeniem się na Paulinę, dzisiaj ubrała się dziwnie, jest gorąco a ona ma na sobie długi rękaw, jestem jej coraz ciekawszy, może nawet mam ochotę z nią tak... bez powodu... po prostu... porozmawiać o wszystkim i o niczym... Nie umiem tak rozmawiać, dlatego zrezygnowany usiadłem w ławce, mając nadzieję, że nie zauważyła mojej dziwnej nerwowości.
Czekałem aż się do mnie odezwie...
Na pierwszej lekcji...
Na drugiej...
Na trzeciej...
Na przerwach...
Zrezygnowałem nawet z odwiedzin dachu, byle by tylko dać jej szansę na zamienienie ze mną słowa.
Jakie to dziwne, że człowiek, którego nie obchodzi świat nagle chce z kimś rozmawiać?
Nie chodzi tutaj bynajmniej o jakieś jednodniowe zauroczenie pięknym uśmiechem, ani o żadną wielką miłość od pierwszego wejrzenia. Po prostu, chcę z nią rozmawiać jak człowiek z człowiekiem.
Nadeszła lekcja sztuki, miałem setki pomysłów co narysować; zdecydowałem się na małego smoka. Poszło mi dość szybko, bo często rysuję smoki różnej maści, wielkie, małe, skrzydlate, dobra, złe, ładne, brzydkie... ale do tej pory nigdy ich nie kolorowałem, bo to niby głupie i dziecinne. Ale po pokolorowaniu rysunek był prawie jak żywy...
Bardzo mnie irytowało, że nawet nie zauważyła tego, że za jej radą pokolorowałem rysunek. Boże... o czym ja myślę, co się ze mną dzieje? Musiałem do niej powiedzieć coś... cokolwiek...
- Co rysujesz? - zapytałem udając średnie zainteresowanie.
Paulina spojrzała na mnie z uśmiechem jakby czekała na to, aż się odezwę równie mocno, jak ja czekałem na jej słowa.
- Sam zobacz - powiedziała odchylając się znad kartki.
- O! - uśmiechnąłem się. - Wróżka?
- Tak, wiem... dziecinne, nie?
- E, tam... patrz na to - powiedziałem pokazując jej mój rysunek. - To dopiero jest dziecinne.
- No to jesteśmy równie dziecinni - zaśmiała się nie spuszczając ze mnie wzroku. - Widzę, że zacząłeś kolorować swoje rysunki, to dobrze... Wiesz barwy są bardzo ważne w ożywianiu... - nagle zamilkła.
- Ożywianiu? - zapytałem z zainteresowaniem.
-A no wiesz... no...
- Nie wiem - uśmiechnąłem się najszczerzej jak umiałem, a właściwie do tej pory to nie umiałem.
- Naprawdę ładnie rysujesz.
Widziałem, że chce uciec od tematu, dlatego z tym samym uśmiechem powtórzyłem.
- Ożywianiu?
- Nie możesz po prostu zignorować tego słowa, prawda? - zapytała z lekkim drżeniem głosu.
- Już za długo ignorowałem świat, koleżanko...
- No to chodź.
- Teraz? - zapytałem zaskoczony. - Gdzie? Dokąd?
- Chodź, pokażę Ci.
Złapała mnie za rękę i wyciągnęła z sali podczas lekcji, wybiegliśmy ze szkoły a za naszymi plecami słychać było głuche wołanie nauczycielki: "natychmiast wracajcie...!".
Przez długą drogę ciągnęła mnie za sobą jak kukłę, nie wiedziałem dokąd zmierzamy, ale ta niewiedza była całkiem... przyjemna.
Stanęliśmy przed ogromnym, trzypiętrowym budynkiem, a raczej halą, całkowicie wyniszczoną przez czas, bezdomnych i zwykłych wandali, szyby były powybijane, a te, które jeszcze nie zostały rozbite, były zabite deskami.
- Co to za miejsce? - zapytałem z niekrytym zainteresowaniem.
- Chodź.
Złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą. Przecisnęliśmy się przez szpiczastą wnękę pomiędzy zamkniętymi na trzy kłódki drzwiami.
Budynek w środku był niemniej zdewastowany niż na zewnątrz, właściwie nie było w nim nic, puste brudne pomieszczenie.
- Uważaj, nie przewróć się! - powiedziała Paulina wskazując ręką na spadziście ułożoną deskę, po której zaczęła schodzić na niższe piętro.
Powoli zsunąłem się po desce.
Na tym poziomie panowała kompletna ciemność, nie widziałem nic poza deską, z której przed chwilą zszedłem.
- To piwnica... poczekaj, zaraz znajdę ten przeklęty pstryczek.
Po chwili światło oświetliło pomieszczenie.
To było dziwne... piwnica wyglądała jak pokój.
Wszystko zrobione prowizorycznie, biurko, fotel, lampka... i to wszystko, nie licząc setek rysunków przywieszonych na zgrzybiałych ścianach.
- Co to za miejsce? - zapytałem uważnie oglądając rysunki, wszystkie były... takie radosne, pełne słońca, uśmiechnięci ludzie... jak i te kreatury do ludzi nie podobnych. Choć miejsce mogło wydawać się nie przytulne, wręcz straszne... to rysunki rozświetlały ten mrok.
- Tu spędzam wolny czas... - odparła siadając przy biurku i szukając czegoś w szufladzie.
- A czemu tutaj?
- Wiesz... - przerwała na chwilę grzebanie w szufladzie. - Nie lubię spędzać za dużo czasu w domu.
- Rozumiem - uśmiechnąłem się. - Ja też nie lubię.
Tym razem Paulina nie odwzajemniła mojego uśmiechu i wróciła do poszukiwań.
Rozglądałem się i rozglądałem... i coraz bardziej mi się to miejsce podobało.
- Mam! - wykrzyczała.
- Co masz?
Pokazała mi kartkę w kratkę, na której widniała plama z atramentu.
- Co to? - zapytałem zdezorientowany.
- A na co Ci wygląda?
- Na plamę z atramentu - odparłem automatycznie.
- Spójrz jeszcze raz - wypaliła przysuwając kartkę bliżej mnie.
- No... plama.
Paulina westchnęła i ponowiła swoje pytanie.
- Naprawdę... widzę tylko plamę - odpowiedziałem kręcąc głową.
- Skup się...
Spojrzałem raz jeszcze.
Plama nie miała jakiegoś uformowanego kształtu, wyglądała trochę jak kasztan w tym zielonym zbrojeniu z kolcami... ale przyglądając się bliżej... te kolce przypominały wieże... wieże zamku.
- Okrągły zamek? - powiedziałem z lekkim zażenowaniem, w końcu palnąłem coś głupiego...
Paulina na początku zdziwiła się... potem z tym samym co zwykle szczerym uśmiechem powiedziała:
-To teraz zamknij oczy i sobie go wyobraź.
Zamknąłem oczy... nie myślałem nigdy, że wyobrażenie sobie zamku... służby... króla... tego wszystkiego... będzie takie łatwe, takie proste i przyjemne.
Po chwili je otworzyłem i zapytałem.
- Jaki to ma cel?
- To jest właśnie cel - zaśmiała się dając mi kartkę i ołówek. - Naprawdę masz talent do rysowania, nie zmarnuj tego.
W kilka chwil naszkicowałem to co widziałem w swoim wyobrażeniu, to też nie było trudne...
- Piękne - spojrzała na mnie z uśmiechem w oczach.
Od tamtego dnia, coś się we mnie zmieniło, zacząłem uważać na lekcjach, zacząłem częściej się uśmiechać... i wreszcie zobaczyłem sens. Tak... sens.
Coraz częściej z nią rozmawiałem, coraz częściej z nią rysowałem... stała się dla mnie kimś bardzo bliskim.
Rozdział III
"Dla Ciebie to wszystko"
Pewnego dnia, Paulina nie przyszła do szkoły, dziwnie mnie to zmartwiło. Bo parzcież ona nigdy nie choruje, nigdy nie czuje się źle, nawet nie potrafiłem sobie wyobrazić Pauliny w smutnym nastroju, czy chorej.
W połowie lekcji, miałem dziwne przeczucie... przeszyło mnie od stóp do głów, zacząłem ciężej oddychać, oczy latały mi jak latawiec w tornadzie.
Musiałem coś zrobić.
Wstałem i wyszedłem z sali, szybkim krokiem wyskoczyłem ze szkoły i popędziłem do jej domu.
Nigdy jej tam nie odwiedzałem, choć wiedziałem, gdzie mieszka... Ale jakoś nigdy się nie zdarzyło bym został tam zaproszony.
Jakaś dziwna siła ciągnęła mnie tam jak magnez, nie mogłem się zatrzymać ani nawet zwolnić tępa, wychyliłem się zza rogu i zobaczyłem tłum stojący wokół małego domku.
Migoczące niebieskie policyjne światła ugięły moje kolana. Prawie sie przewróciłem.
"To jeszcze nic nie znaczy!" - powtarzałem sobie a złe przeczucie zamieniło się w fakt.
Podszedłem do żółtej taśmy... chciałem ją przejść ale zostałem złapany za ramię przez policjanta.
- A ty dokąd?
- Ja... no.... czy... co się stało? - zapytałem a łzy stanęły mi w oczach.
- Rodzina?
- Przyjaciel...
- Nie mogę nic powiedzieć... - odparł policjant ze smutkiem patrząc mi w oczy.
Musiałem zobaczyć co się stało... Wyrwałem się i popędziłem do środka, zwinnie ominąłem jeszcze dwóch policjantów i schowałem się za filarem. Usłyszałem rozmowę dwóch detektywów.
- Oby dostał krzesło za to...
- Jak myślisz, długo to trwało?
- Mogło i lata... widzisz po rodzaju jej ciuchów, że ukrywała sińce...
- Przeklęty bydlak... żeby tak katować córkę...
Zostałem złapany za ramię i wyciągnięty z domu.
- Co ty sobie wyobrażasz! - wykrzyczał policjant.
- Niech mi pan powie... - łza pociekła mi po policzku, chyba nigdy wcześniej nie płakałem. - Czy Paulina żyje?
Policjant przez chwilę milczał, potem rozejrzał się dookoła, westchnął i powiedział.
- Niestety... nie dało się nic zrobić; ojciec ją udusił paskiem od spodni.
Świat runął razem ze mną na chodnik. Policjant mnie podniósł, pytał jeszcze: "czy dobrze się czuję... czy potrzebuję pomocy" ale ja nie słyszałem jego głosu... W letargu wróciłem do domu...
Tam rodzice już wiedzieli, mówili do mnie jakieś słowa pocieszenia, ale ja ich też nie słuchałem. Wszystko było takie... przytłumione.
Jak... ona... mogła... dlaczego mi nie powiedziała... czemu była taka uśmiechnięta... zawsze... Czemu ona była uśmiechnięta a ja nie byłem, nie mając powodu do smutku...
Boże, ona nie żyje...
Tydzień leżałem w łóżku, nie robiłem nic... powróciłem do starego stanu sprzed jej poznania, tak... zapomnieć o tym wszystkim.
To już nie miało sensu, nic... Skończyło się, czas powrócić do normalnego piekła.
Na sztuce już nie rysowałem, nie było po co... leżałem na ławce jak na innych lekcjach.
Poszedłem na jej pogrzeb, wraz z klasą. Choć próbowałem... to nie umiałem nie płakać, choć próbowałem to nie mogłem odejść od jej grobu, choć próbowałem to nie umiałem o niej zapomnieć.
Mijały godziny a ja nadal siedziałem przy niej, rozmawiałem z nią o wszystkim i o niczym... Kiedyś tak nie umiałem...
Nocą pobiegłem do jej kryjówki, włączyłem lampkę i narysowałem wróżkę najpiękniej jak umiałem.
Dla Ciebie to wszystko.
Każdy mój następny rysunek, dla siebie... do szkoły... na konkurs... jest dla niej.